Dał się pan poznać mieszkańcom naszego regionu jako bardzo drobny specjalista – kardiolog. Czy może pan jednak zdradzić więcej słów o sobie?
- Zdawałem maturę w Syrii, dlatego że wychowywałem się w rodzinie polsko – syryjskiej, gdzie ojciec był Syryjczykiem, a matka Polką. Z maturą przyjechałem do Polski na studia i już tutaj zostałem na stałe, rozwijając się w branży medycznej. Praktykowałem przez długi czas w Krakowie. Pracowałem także jako lekarz w Gdańsku. W 2017 r. znalazłem się w szpitalu w Sztumie i tu pracuje do dziś. Jestem też internistą i angiologiem (specjalistą zajmującym się profilaktyką i leczeniem chorób naczyń krwionośnych i układu limfatycznego). Sztumska kardiologia cały czas się rozwija.
W ostatnich latach kieruje pan sztumską kardiologią jako ordynator…
- Tak. To funkcja, która bardzo pochłania. Bardzo dużo jest przy tym pracy organizacyjnej. Nie jestem odpowiedzialny tylko za swoje działania i leczenie własnych pacjentów, ale za funkcjonowanie całego oddziału, sprawy dotyczące leczenie, sprzętów, aparatury. Moim zadaniem jest wychwytywanie tego czy oddział funkcjonuje sprawnie czy nie, co można poprawić. Gdy zachodzi potrzeba proponuję odpowiednią logistykę, by zaradzić problemom. Słowem dużo niemedycznej, angażującej pracy, która jest jednak bardzo potrzebna, bo trzeba nakreślić wspólne ramy funkcjonowania różnych, bardzo dobrych zaznaczam specjalistów. Wszystko musi funkcjonować z duchem czasu jeśli chodzi o stosowane terapie, nowe rozwiązania, wymogi NFZ oraz dyrekcji. Także w sytuacji zagrożeń takich jak epidemia.
Nasz oddział stworzyła spółka "Amerykańskie Kliniki Serca" (American Heart of Poland), którą tworzyli sławni polscy kardiolodzy. Jak znalazł się pan w zespole lekarzy w Sztumie?
- AHP, które prowadziło wstępnie tylko oddział kardiologii w Sztumie, obecnie prowadzi cały szpital. Cały podmiot jest własnością powiatu, a zarządzanie zostało przekazane spółce, która specjalizuje się w zarządzaniu szpitalami, co usprawnia cały proces kierowniczy. Ważnym aspektem jest oddanie spraw zarządczych osobom, które zajmują się tym zawodowo. Przez kilkanaście lat pracowałem w Krakowie, gdzie uzyskałem specjalizację i doktorat. Ukończyłem Wydział Medyczny Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Tam też w Klinice Chorób Wieńcowych odbyłem specjalizację oraz studia doktoranckie ukończone dyplomem. Wkrótce potem pojawiła się szansa, aby poprowadzić pracownię kardiologii inwazyjnej w szpitalu w Gdańsku, co było dla mnie atrakcyjne m.in. dlatego, że żona pochodzi stamtąd. Niestety szpital ten stracił kontrakt z NFZ z przyczyn politycznych (ówczesnej koncepcji rządzących).
Należy pan do „Polskiej Grupy Medycznej”, która wykonuje misje medyczne w Syrii. Jak wiemy mieszkańcy tego kraju padli ofiarą okrutnej wojny domowej. Jak trafił pan do tej grupy i jak doszło do pana pierwszego wyjazdu do tego kraju?
- Al-ameen Fundation jest organizacją opieki nad ofiarami wojny. Została założona w Turcji przez udzodźców syryjskich a następnie przenienona do Syrii, a powodem była chęć zaradzenia olbrzymim potrzebom humanitarnym. Kraj przeszedł przez 15-letnią wojnę domową zwaną także rewolucją przeciwko reżimowi dyktatora Baszara al–Asada, który rządził Syrią od 2000 r. (obecnie przebywa w Rosji, do której uciekł – dop. Red.). Jedna z osób, która doświadczyła śmierci bliskich postanowiła założyć taką organizację charytatywną, niosącą pomoc innym. Organizacja zaczęła bardzo prężnie funkcjonować. W pierwszym okresie działalności organizowała pomoc w Syrii, a następnie zajęła się akcjami medycznymi także poza tym krajem. Jak się dowiedziałem, że organizują akcje poza Syrią bardzo się zdziwiłem, bo tam potrzeby są ogromne. Zadałem im pytanie - jak to jest – skoro potrzeby w Syrii są tak ogromne, to jak to się dzieje, że pomoc jest kierowana do Sudanu, Somalii, Irbilu w Iraku a nawet do Polski przy granicy z Ukrainą? Tłumaczyli, że są organizacją niezależną i padają pytania od sponsorów o inne misje medyczne, warunkują w ten sposób finansowanie. Filię Al-ameen zarejestrowano także w Polsce. Do tej pory zorganizowała 7 przedsięwzięć w kraju w woj. Rzeszowskim, które polegały na współpracy z rzeszowskimi zakładami ortopedycznymi, gdzie finansowano protezy dla ofiar wojny. Zespół wolontariuszy z Arabii Saudyjskiej przyjechał i we współpracy z wymienionymi zakładami, jako specjaliści pomagali projektować i wytwarzać protezy kończyn. W wyniku tych działań 250 pacjentów otrzymało bardzo nowoczesne protezy kończyn.
Wróćmy jednak do pobytu na misji medycznej w Syrii. Na czym polegało pana zadanie i jak długo pan tam przebywał?
- Przez cały czas od początku powstania, później wojny, z racji pochodzenia interesowałem się sytuacją w Syrii. W trakcie trwania wojny domowej brałem udział w licznych akcjach humanitarnych. Najpierw poprzez fundację "Wolna Syria" założoną przez mojego brata wysyłaliśmy transporty z pomocą humanitarną do obozów dla uchodźców na północ Syrii - środki pierwszej potrzeby: sanitarne, koce, ubrania, itp. Utkwiła mi w pamięci akcja uruchomienia szkół dla dzieci w rejonach odbitych z rąk ISIS (Państwa Islamskiego). Tuż po wyparciu terrorystów z miasta, gdzie edukacja była zawieszona, wspólnie z innymi grupami i organizacjami charytatywnymi przywracano te placówki dzieciom. Jedną z tych szkół nazywano lokalnie „polską szkołą”. Nosiła nawet imię Mikołaja Kopernika. To były jedne z pierwszych szkół zreaktywowanych po wyparciu ISIS. W Jordanii wspomniana „Wolna Syria”, przeprowadziła akcję humanitarną na rzecz kobiet i dzieci - mieszkańców obozów dla uchodźców (Zaatari Refugee Camp) straumatyzowanych potwornymi przeżyciami. Działania były prowadzone na miejscu w obozach dla uchodźców. Uczestniczki oraz dzieci otrzymywały pomoc psychologiczną, konsultacje ze specjalistami, które pomagały chociaż w niewielkim stopniu uporać się z traumami. Obecnie nawet po upadku reżimu w grudniu 2024 r. potrzeby nadal są duże. Kraj jest zniszczony 15-letnią wojną domową, która ostatecznie doprowadziła do upadku bardzo zbrodniczego reżimu. Ogrom zniszczeń jest duży. W każdym mieście, które odwiedziliśmy jest kilka stref z całkowicie zniszczonymi osiedlami. W mieście Homs istniał m.in. przed wojną 400-łóżkowy Szpital Narodowy. W trakcie wojny został zrównany z ziemią. Teraz wybudowano tam ad hoc niewielki budynek 35-łóżkowy, zajmujący się procedurami zabiegowymi. Niestety wszystko to funkcjonuje z dużymi niedoborami kadrowymi, sprzętowymi i organizacyjnymi. Cały czas potrzebne jest ogromne wsparcie.
A czego obecnie najbardziej brakuje jeśli chodzi o potrzeby medyczne?
- Szacuje się, że w wyniku wojny Syrię opuściło około 30 tys. pracowników medycznych różnego szczebla, zwłaszcza lekarzy. Lekarze dysponowali kontaktami z zagranicą. Byli w lepszej sytuacji niż przeciętni mieszkańcy. Stać ich było na zakup biletu i opuszczenie kraju. Dzięki czemu ratowali swoje rodziny. Liczyła się jednak przede wszystkim chęć przetrwania, ale wynikiem tego są obecne braki kadrowe. Gdy siły rządowe w ostatnim miesiącu odbiły ostatnie trzy prowincje z rąk separatystów (tzw. Syryjskie Siły Demokratyczne) kurdyjskich okazało się, że na tych terenach potrzeby ludności są jeszcze większe. Potrzebni był nie tylko personel medyczny, ale i policjanci, wojskowi, urzędnicy...
Był pan zszokowany widząc rodzinny kraj po tylu latach w takim stanie?
- Śledziłem na bieżąco to co się tam działo. Niestety w Polsce przekaz był zafałszowany. W Syrii dwie strony informowały o wydarzeniach związanych z walkami. Do Polski docierały informacje z Syrian Arab News Agency (SANA), która służyła jako główne źródło oficjalnej propagandy państwowej rządu Baszara al-Asada i partii Baas , przekazując stanowisko władz syryjskich w kwestiach wewnętrznych i międzynarodowych. To znacznie wykrzywiało obraz wojny w Syrii. Na początku konfliktu w polskich mediach pojawiały się informacje o walce rządu Asada z „terrorystami”. Działo się tak m.in. przez fakt, że Polska Agencja Prasowa posługiwała się depeszami SANA. Skutkiem tego były artykuły w rodzimych mediach używających fraz typu: „jak podaje SANA…” I tak dochodziło do powielania kłamstw syryjskiej, reżimowej propagandy. Kontaktowaliśmy się jako społecznicy z PAP-em (Polska Agencja Prasowa) prosząc, by nie brać informacji z SANA, udowadniając, że to stek bzdur. Dziennikarze niestety odpowiadali: „ale my piszemy z powołaniem się na źródło w SANA”. Tymczasem zafałszowany obraz zataczał szerokie kręgi. Próbowaliśmy, jako diaspora syryjska kontaktować się z różnymi redakcjami portali informując o tym co prawdziwe, zakładaliśmy autorskie strony, apelowaliśmy o posługiwanie się naszymi materiałami. Nawet spotkaliśmy się z politykami z grupą parlamentarzystów od spraw międzynarodowych. Poprzez takie kontakty doszło do wysłuchania nas w polskim parlamencie. Nie przyniosło to jakichś namacalnych działań państwowych, ale robiliśmy to, by zwiększyć świadomość polityków, a przez to społeczeństwa polskiego.
Czego brakuje w Syrii i co stanowiłoby tę namacalną pomoc?
- Brakuje przeszkolonych kadr. Wspomniana organizacja Al-ameen otworzyła szpital, który po jakimś czasie musiała zamknąć. Było tak mało personelu, iż konieczne było zawieszenie działalności. Np. zakupiono sprzęt do dializ, ale nie było techników, którzy mogliby ten sprzęt uruchomić. Brakuje jednorazowego sprzętu medycznego jak: wenflony, stenty, cewniki, środków trwałych: angiografów, ultrasonografów, łóżek specjalistycznych. Nowe władze usunęły cały skorumpowany aparat władzy i przekazały go osobom zaufanym, ale nie ma ich znowu tak dużo… Wiele podległych osób jest przyzwyczajonych do załatwiania spraw „od ręki”. Na wojnie liczyły się m.in. łapówki. Teraz władze pilnują, by nie było korupcji. Niestety sytuacja z dnia na dzień nie poprawi się. W mojej subiektywnej ocenie postęp zmian po 14 miesiącach od wyzwolenia Syrii jest duży i pozytywny. Są jednak nadal obozy dla uchodźców zewnętrzne w Turcji, Jordanii (na północy al-Zatari) i wewnętrzne (północna Syria). Istnieją całkowicie zniszczone miasteczka, gdzie ludność nie ma niestety jak wrócić. Niektórzy się decydują i biorą swój namiot, próbując ponownie zamieszkać na gruzach swojego rodzinnego domu. Nie każdy ma jednak zdrowie i pieniądze, by tak funkcjonować. Tymczasem w obozach dla uchodźców są racje żywnościowe, opieka medyczna. Te przywileje i ułatwienia w obozach są tracone, gdy wracają na gruzy. Jednak wracają. Z obozów zewnętrznych wróciło milion osób, ale problem polega na tym, że jest ich wiele milionów. Problemem są też obozy wewnętrzne. Tylko w Idleb, w której byłem przebywa koło 2 mln osób. Pomoc jest niezbędna.
Na czym polegała misja polskich lekarzy?
- Była pomyślana, jako wsparcie zabiegowe w zakresie procedur wysokospecjalistycznych, którymi zajmują się lekarze specjaliści: chirurdzy onkologiczni, chirurdzy ogólni, ortopedzi, kardiolodzy. Wykonywałem zabiegi inwazyjne, oczywiście po wcześniejszych konsultacjach. Zajmowaliśmy się też logistyką w co się zaangażowałem, jako osoba dwujęzyczna, posługująca się językami polskim i arabskim.
A zdarzało się Panu podczas pobytu w Syrii podejmować interwencję lekarską z nie ze swojej specjalizacji?
- Tak. Stawałem do zabiegów chirurgicznych z chirurgami jako asystent, bo nie było innej osoby, która mogłaby im pomóc. W ostatnich latach z Syrii nadchodziły potworne doniesienia. Ludzie ginęli pod gruzami od bomb, dzieci wpadały na miny. Doszło nawet do ataków chemicznych na ludność cywilną…
Gdy przyjechał pan do Syrii i podjął pracę jakich urazów było najwięcej.
Typowe urazy wojenne to urazy kończyn, głowy, narządów wewnętrznych. Ostre urazy jednak leczy się „na ostro”, od razu. Jednak pozostają konsekwencje takich urazów i prowizorycznych zabiegów ostrych. Noga lub ręka źle się zrasta... Były przypadki, że dochodziło w wyniku złamania do zakażeń stawów i usztywnienia kończyny. Takie schorzenia można naprawiać, ale wymaga to czasu. Choroby przewlekłe są zaniedbane, a z kolei w obozach dla uchodźców ludzie cierpią na choroby skórne, liczne nie zdiagnozowane choroby, wynikające z braku dostępu do podstawowej opieki medycznej (jeśli jest, nie zawszy wszyscy mogą z niej skorzystać). Kolejna misja medyczna zaplanowana jest na działania w obozach uchodźców. Będziemy leczyć w ambulatoriach, gdzie potrzebni są specjaliści od chorób wewnętrznych, dermatolodzy, ginekolodzy, chirurdzy.
Kto tworzył pana grupę medyczną?
- Osobą, która reprezentuje naszą grupę/organizację jest mój przyjaciel dr Zahwam Baaj. Część
lekarzy ma pochodzenie syryjskie, a część to Polacy, którzy po prostu zgłosili się do udziału w misji.
Te 10 osób mieszka i praktykuje w Polsce. Np. Renata Popik jest chirurgiem ze Śląska, Wojtek Cejmer jest ortopedą z Mazowsza, Ahmed Jadou jest anestezjologiem z Warszawy, Masaoud jest chirurgiem z Warszawy... Pozostali lekarze to: Ahmad Thanbit Sinjab, Masoud Sousak, Michalina Teresa Muszyńska, Ahmed Jadou, Renata Agnieszka Jadou, Bilal Jado. Odbyliśmy jeden 10-dniowy wyjazd z Fundacji Al-Ameen pod patronatem Ministerstwa Zdrowia w Syrii oraz wojewódzkimi urzędami zdrowia. Te ostatnie wyznaczały nam szpitale, które mieliśmy wesprzeć. Te ostatnie wyznaczały nam szpitale, które mieliśmy wesprzeć. Całe przedsięwzięcie ze strony polskiej koordynuje i finansuje (noclegi, transporty) organizacja pozarządowa, a koordynują nowe władze. Planujemy drugą misję medyczną, o której już wspominałem.
A dlaczego chce pan tam wrócić? Co chce osiągnąć?
- Mówi się, że życie można podzielić na trzy okresy: najpierw uczymy się jak funkcjonować, kształcimy się, potem zarabiamy na siebie, budujemy własną pozycję, dom i rodzinę. Ostatni okres do czas dawania, trzeba wyjść ze swojego ciasnego kręgu, własnego „Ja” otworzyć się na ludzi i zrobić coś dla innych. Gdy tylko wybuchło powstanie rozruchy w Syrii postanowiłem zaangażować się w akcje pomocowe. Do działań pomocowych zmotywowała mnie także eskalacja tych wydarzeń w wojnę domową. Obecne działania to dalszy etap pomocy innym, kolejne kroki i konsekwencja poprzednich decyzji. Myślę, że nad podobną pracą, polegającą na pracy na rzecz potrzebujących, powinien zastanowić się każdy kto uzyskał życiową stabilizację. Nie patrzmy tylko na siebie. Popatrzmy co możemy zrobić dla swojego otoczenia, miasta, kraju, czy po prostu potrzebujących, także za granicą. Zachęcam do tego. Zmieniają się wówczas poglądy, perspektywa. Zaczynamy doceniać to co mamy w Polsce. Potrzebna jest empatia, która jednak rośnie z chwilą pomagania innym i motywuje do dalszych działań.
Grupa ludzi przybywa z dalekiego kraju, by nieść pomoc... Jak na waszą pracę reaguje ludność?
- Tu nie chodzi tylko o pomoc medyczną. To jest także dar nadziei dla tych ludzi - schorowanych, biednych, stracili dobytek, domy, potracili bliskich w działaniach wojennych. To, że tam jesteśmy i niesiemy im pomoc bardzo ich podbudowuje. Czują się zauważeni. Dajemy im trochę optymizmu i nadziei. To wsparcie pomaga im przeżyć kolejne dni. Efekt psychologiczny jest nie do przecenienia.
W Syrii działają także inne organizację NGO's, czy wspierają się nawzajem?
W obozach dla uchodźców działa wiele grup międzynarodowych. Założeniem jest by nieść pomoc, a pracy jest bardzo dużo. Można powiedzieć o współpracy NGO's, ale nie o pełnej koordynacji. To zadanie państwa syryjskiego.
Dziękuję za rozmowę
Wawrzyniec Mocny
Fot. Archwium Polska Grupa Medyczna/dr Nader Elmasri























Napisz komentarz
Komentarze